Dzisiejszy post nieco inny, bo odejdziemy na chwilkę od kosmetyków i zwrócimy się ku modzie. A konkretniej szeroko pojętym działem akcesoria.
Chciałabym przedstawić Wam biżuterię handmade jaką tworzy pani Magdalena.

Mowa oczywiście o SzaLove by Lena Biżu czyli naszyjnikach oraz bransoletkach wykonanych z dresówki i bawełnianego sznurka.
Promocja na Dzień Matki skusiła mnie do zakupu dwóch zestawów. Jednego dla siebie i jednego dla mojej Mamy.


Zanim jednak pokaże Wam samą biżuterię to chciałabym pochwalić formę pakowania jaką stosuje pani Magda. Mianowicie zestawy przychodzą zapakowanie w papierowe torebeczki z pieczątką SzaLove oraz naklejką z napisem, np. handmade with love.
Dodatkowo do zamówienia dostałam słodki upominek w postaci krówki, którą moja córka szybko skonsumowała :)

Przejdźmy zatem do prezentacji zamówionych przeze mnie zestawów.


Powyższy zestaw zamówiłam z myślą o sobie. To naszyjnik oraz bransoletka w kolorze łososiowym z dodatkiem białego w groszki. Obydwie rzeczy zaplecione są w warkocz, a końcówki jakie zostały wykorzystane są akrylowe.


Drugi komplet jest oczywiście dla mojej Mamy. Tym razem jednak zdecydowałam się na warkoczową bransoletkę i luźny naszyjnik. Bransoletka wykonana jest z dresówki, natomiast w naszyjniku znajduje się również sznurek bawełniany. Obydwie rzeczy są w kolorze białym z różowo - fioletowymi różami. Zakończenia również są akrylowe.

Tak prezentują się zamówione przeze mnie komplety biżuterii SzaLove by Lena Biżu. Więcej informacji znajdziecie w moim filmiku.


Zachęcam do zajrzenia również na fanpage SzaLovych - znajdziecie tam inne modele i kolory biżuterii, a także liczne promocje i licytacje [KLIK]

Specjalnie dla moich czytelników pani Magda przewidziała rabat -10zł na wszystkie produkty z oferty na hasło: Ninnette :)





Hejo, witajcie w kolejnym poście!
Tym razem chciałabym Wam nieco poopowiadać o produkcie do stylizacji brwi, który kilka miesięcy temu skradł moje serce do tego stopnia, że kupiłam kolejne opakowanie, a to (w przypadku kolorówki) zdarza mi się niesamowicie rzadko :) Mowa oczywiście o kredce marki Catrice, Eyebrow Stylist w odcieniu 020 Date with Ash-tone.


Niegdyś za kredkami do brwi nie przepadałam, miałam jedną z P2 i jakoś mnie nie urzekła. Miałam jednak ochotę na wypróbowanie czegoś nowego, a po za tym dość miałam "babrania się" w cieniach i Color Tattoo z Maybelline.

Wybrałam się więc do Natury, kilka blogerek polecało już kredki z Catrice więc zdecydowałam się na najjaśniejszy wariant (dostępny jest jeszcze kolor 030 Brow-n-eyed Peas i 040 Don't let me Brow'n). Nałożona na dłoń może wydawać się nieco ruda, na szczęście na brwiach ma wspaniały chłodny odcień. Moje włoski naturalnie mają dość ciemny kolor, po użyciu tego produktu nabierają nieco chłodniejszego i jaśniejszego odcienia, który idealnie pasuje do rozjaśnianych obecnie włosów.


Kredka sama w sobie jest dość twarda, ma jakby lekko woskową formułę. Ma to swoje plusy jak i minusy. Przede wszystkim delikatnie utrwala włoski i jeżeli mają swój 'dobry dzień' to nie muszę nakładać żadnego żelu utrwalającego. Poza tym kredka ma świetną trwałość. Po całym dniu noszenia makijażu (zazwyczaj ok 12h) nie widzę żadnego ubytku w makijażu brwi.
Będzie idealna również dla osób nie wprawionych w wypełnianiu brwi, gdyż ciężko z nią przesadzić i namalować 'niekontrolowaną' kreskę :)
Przy minusach warto wspomnieć o tym, że kredka jednak jest mało wydajna, szybko się tępi, często trzeba ją ostrzyć i stosunkowo prędko znika.


Pomimo tego cieszę się, że jest to tradycyjna kredka do temperowania, bo słyszałam że te automatyczne jeszcze szybciej się kończą. Poza tym kredka posiada własne czesadełko - spiralkę, która świetnie się sprawdza do wyczesywania brwi i nie trzeba pamiętać by zabrać ze sobą dodatkowy grzebyczek (głównie podczas wyjazdów).


Opakowanie mieści 1,6g produktu, jest ważne od otwarcia 36m i w Drogerii Natura kosztuje ok 11 zł.

Podsumowując, dla mnie jest to kredka niemalże idealna. Dzięki niej przekonałam się do stosowania tego typu produktów do brwi. Jak już wspomniałam kupiłam jej kolejne opakowanie na promocji -40% w Naturze (KLIK) i bardzo serdecznie Wam ją polecam.


Jak kredka prezentuje się na moich brwiach możecie zobaczyć w filmie i poście o tym jak wypełniam swoje brwi (FILM | POST).






P.S. Kupiłam również kredkę z Golden Rose - Classics Eyebrow Pencil 402 więc za jakiś czas postaram się porównać te dwa produkty :)
Jak wiecie, kilka tygodni temu dostałam od męża paletę cieni Naked 3 od Urban Decay. Bardzo szybko zrobiłam nią testowy makijaż [KLIK]. I choć na początku nie byłam przekonana co do jej kolorystyki to skradła moje serce. Od tamtej pory używam jej niemalże codziennie do mojego makijażu dziennego.
Sama nie wiem czemu do dzisiejszego postu bardzo długo się zbierałam. Zdjęcia były już gotowe a tekst nie chciał "się napisać".
W końcu jednak zmobilizowałam się do zaprezentowania Wam poszczególnych odcieni z palety Naked 3.


Paleta jak pozostałe z serii Naked jest zapakowana w metalowe opakowanie z dużym lusterkiem. Dodatkowo przychodzi do nas w kartoniku. Tym razem jako gratis, producent dodał próbki najsłynniejszych baz pod cienie: Original, Sin, Eden, Anti-Aging.

Dodatkowo w palecie znajdziemy pędzelek. Może nie jest on najlepszy, ale puchata część fajnie rozciera cienie pod łukiem brwiowym.


Przejdźmy zatem do samych cieni. Jak w przypadku innych palet Naked jest ich 12 i każdy z nich ma swoją nazwę, co w przypadku tutoriali jest bardzo pomocne.


[Strange] najjaśniejszy kolor z palety, matowy z różowym tonem, idealny pod łuk brwiowy
[Dust] różowy brokat, bardzo się sypie i niewiele widać go na powiece
[Burnout] różowo - łososiowy perłowy kolor, często nakładam go w wewnętrzny kącik
[Limit] drugi mat z palety, jasny brudny róż


[Buzz] prześliczny, metaliczny róż, najlepiej nakładać go na mokro, bo mocno się sypie i ciężko wydobyć z niego kolor
[Trick] pomarańczowe złoto, perłowe, podobnie jak poprzednik najlepiej sprawdza się nakładany na mokro
[Nooner] ciemniejsza wersja koloru Limit, matowy, brudny różo - fiolet :D idealny w załamanie powieki
[Liar] pierwszy w palecie brąz, lekko złotawy i perłowy, prze - ślicz - ny :)


[Factory] bardzo ciemny brąz, w opakowaniu widoczne są mikroskopijne drobinki, na powiece ich jednak nie widać
[Mugshot] złoto - brązowy perłowy cień, bardzo go lubię jednak nieco się osypuje
[Darkside] chyba najgorzej napigmentowany cień z całej palety, bardzo twardy i ciężki w aplikacji, w opakowaniu ciemny brąz, w rzeczywistości powiedziałabym że to kolor taupe
[Blackheart] na pierwszy rzut oka czerń z różowym brokatem jednak jest to bardzo, bardzo ciemny brąz z ogromnym różowym brokatem, gdyby nie on cień byłby na prawdę fajny


To już wszystkie kolory z palety Naked 3, jak widzicie są tu zarówno lepsze jak i gorsze egzemplarze. Cała paleta utrzymana jest raczej w chłodnej kolorystyce o różowych tonach. Świetnie podkreśla zieloną tęczówkę oka, ale fajnie sprawdzi się też przy czekoladowych oczach.

Początkowo bałam się tego o czym wspominają prawie wszystkie posiadaczki palet Naked, że cienie nałożone na powiekę zlewają się w jedną plamę. Na całe szczęście nie zauważyłam tego u siebie, Jak już wspomniałam od kilku tygodni używam tej palety niemalże codziennie i makijaż wieczorem wygląda niemalże tak samo jak tuż po nałożeniu.


Dajcie znać w komentarzach czy chciałybyście zobaczyć mój makijaż dzienny przy użyciu tej paletki.

Do następnego!




Dziś rozpoczął się trzeci, a tym samym ostatni tydzień promocji - 49% w Rossmannie. Tym razem rabatem objęte zostały produkty do ust oraz paznokci. Nauczona doświadczeniem z poprzedniej edycji, kiedy to nie zastałam żadnego tuszu Vollume Million Lashes już drugiego dnia promocji wybrałam się już dziś i to dość wcześnie.


Zacznę może od produktów do paznokci, bo tych kupiłam zdecydowanie mniej. Ostatnio jakoś nie mam chęci na kupowanie zwykłych lakierów i to jeszcze w drogeriach. Wolę hybrydy albo zakupy online.


Dziś jednak skusiłam się na dwie propozycje marki Rimmel. Po pierwsze 'Punk Rock' z serii Salon Pro - swojego czasu mocno polecany w blogosferze, a często wyprzedany w drogeriach (cena reg. 17.99) . Po drugie 'Roll in the Grass' z najnowszej linii Rita Ora (cena reg. 10,99).

Następne w kolejce do prezentacji są produkty do ust - błyszczyki i pomadki.


Jako pierwszy do koszyka trafił błyszczyk Lovers nr 618 z Eveline - prócz pięknego koloru ma również cudowny, owocowy zapach (cena reg. 13,49). Dalej była szafa Wibo. Myślałam nad serią Elixir, ale ostatecznie sięgnęłam po Glossy Temtation nr 6 - typowy dla mnie odcień brudnego różu (cena reg. 8,99). Nie mogłam przejść obojętnie obok wychwalanych Color Rush z Rimmel, zdecydowałam się na odcień 710 'Drive me nude' i nie wiem czy nie wrócę po inne (cena reg. 23,99). Ostatnią marką, do której zajrzałam było Maybelline. Tym razem skupiłam się na serii Color Sensational i choć podobało mi się kilka kolorów to wybrałam tylko jeden - 910 'Shocking Coral' (cena reg. 28,79) i w tym przypadku też zastanawiam się nad powrotem po inne kolory.


Powyżej swatche wszystkich produktów. Jak widzicie pomadki jakie wybrałam są raczej z tych nawilżających. Ciekawa jednak jestem jak będzie z ich trwałością. Na pewno podzielę się z Wami tym na blogu.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć, że tak jak ostatnio przed zakupem sprawdzałam czy kosmetyki są rzeczywiście nowe. W związku z tym, że byłam jeszcze przed południem miałam duży wybór i wszystkie produkty kupiłam nieużywane :)

Chciałabym Wam jeszcze tylko przypomnieć posty z poprzednich tygodni promocji. Jak nie teraz to może kiedyś Wam się jeszcze przydadzą.

Post, w którym pokazywałam Wam zakupy z poprzedniego tygodnia rossmannowej promocji cieszył się ogromną popularnością, dlatego dziś chciałabym podzielić się z Wami co tym razem wpadło do mojego koszyka.


Szczerze przyznam, że ten tydzień promocji najmniej mnie interesował. Tuszy do rzęs mam na pęczki, eyelinerów ostatnio mało używam, chyba że tych kolorowych, a pojedynczych cieni prawie w ogóle nie kupuję.
Mimo to nie powstrzymałam się przed wstąpieniem do Rossmanna i drobnymi zakupami.


Kupiłam tak na prawdę tylko dwie rzeczy.
Poszłam z wielką nadzieją zakupu tuszu L'Oreal, Volume Million Lashes So Couture, który bardzo poleca Maxi, niestety została po nim tylko zakrętka ze szczoteczką, półki świeciły pustkami. Na jego zastępstwo zdecydowałam się na Maybelline, Lash Sensational, o którym aż huczy w blogosferze, a ostatecznie skusiła mnie rekomendacja Ali (www.alajarzabek.pl). W promocji kosztował nieco ponad 17 zł.
Drugą rzeczą był natomiast miętowy Butterfly Liner z Lovely (nr 2). Jak widzicie na zdjęciu posiadam już odcień błękitny (nr 3) i mocno się nim zachwycam. W promocji nie kosztuje nawet 4 zł, a trwałość ma genialną. Jest jeszcze wersja różowa, ale stwierdziłam, że nie będę się w niej dobrze czuć.


Poza promocją kupiłam jeszcze trzy produkty do pielęgnacji twarzy marki Ziaja. Ulubione maseczki oczyszczające - kaolinowa i z glinką szarą. A jako nowość skusiłam się na orzeźwiający peeling. Każdy z nich kosztował ok 1,50.

Szczerze mówiąc ja już nie mogę się doczekać ostatniego tygodnia, w którym rabat obejmie produkty do ust i paznokci, wtedy planuję zaszaleć - Wibo, Maybelline, Bourjois... ;)

Co Wy tym razem kupiłyście na promocji w Rossmannie?

Do następnego!



Kilka dni temu na moim kanale pojawił się filmik z testem na żywo jednego z podkładów marki Vichy. Nigdy dotychczas nie używałam żadnego produktu do makijażu twarzy tej firmy, choć nie powiem, słynny Dermablend bardzo mnie kusił. Przed zakupem ograniczała mnie mała gama kolorystyczna i brak próbek w aptekach w moim mieście.


Ostatnio jednak moja Mama, w atrakcyjnej cenie nabyła sobie podkład Liftactiv Flexiteint, który wg producenta ma wygładzać zmarszczki i być odpowiednim do każdego rodzaju cery. Jest on w najjaśniejszym kolorze 15 'opal', który ma w sobie wyraźne żółte tony i dopasowuje się do kolorytu cery. 
Krycie niestety nie zachwyca, a na buzi pozostawia wykończenie rozświetlające.


Poddałam go dość porządnemu testowi, gdyż nałożyłam go o 9 rano, a z aktualizacją przybyłam po nieco ponad 12h. Niestety podkład nie spełnił moich wymagań. Po kilku godzinach od aplikacji skóra dość mocno zaczęła się świecić. Produkt zaczął wchodzić w załamania na twarzy, najbardziej zebrał się tuż przy skrzydełkach nosa. Ponadto ze względu na brak właściwości zastygania cały czas migrował po twarzy. Całkowicie starł się z czubka nosa i brody. 


Na pierwszym zdjęciu możecie zobaczyć jak podkład prezentuje się tuż po nałożeniu i wykończeniu makijażu. Na ostatnim natomiast jak wygląda po 12h.

Po więcej informacji na temat podkładu Liftactiv Flexiteint Vichy odsyłam Was do filmiku.


Do następnego!



Ostatnie dwa posty o promocjach w drogeriach na kosmetyki kolorowe wzbudziły ogromne zainteresowanie z czego cieszę się niezmiernie. Dzisiaj jednak chciałabym nieco ponarzekać. Opowiem Wam o produkcie, który praktycznie w każdym aspekcie mnie zawiódł i nie bardzo mogę znaleźć jego jakiekolwiek dobre strony.


Jak tytuł posta głosi mowa będzie o korektorze z firmy Oriflame, Everlasting Concealer. Pochodzi on z serii produktów THE ONE. Z tego co mi się wydaje to jego formuła i opakowanie zmieniana była już chyba dwa razy i wersja o której będę pisać to ta aktualna.

Zacznę może od rzeczy najmniej istotnej, a mianowicie od opakowania. Korektor znajduje się w bardzo smukłej i poręcznej tubce z "dziubkiem". Całkiem przyjemna forma aplikacji.


Producent oferuje nam 3 odcienie, które w katalogu wyglądają na prawdę zachęcająco. Light Nude, Fair Beige i Deep Beige. Ja oczywiście skusiłam się na najjaśniejszy czyli Light Nude. Kto by pomyślał, że odcień nude będzie wpadał w różowe tony, co oczywiście przy korektorze pod oczy jest dyskwalifikujące. Poza tym kolor już po kilku chwilach ciemnieje na twarzy.


W opisie kosmetyku znajdziemy zapewnienia o średnim do pełnego krycia, które pozwoli nam ukryć nasze wszystkie niedoskonałości. Nic bardziej mylnego. Korektor Everlasting krycie ma bardzo słabe i całe cienie pod oczami są nadal świetnie widoczne, można zapomnieć też o używaniu go na niedoskonałości.


Super-hiper-świetna technologia ma zapewnić nam super trwałość. Niestety tego również nie zauważyłam na swojej skórze. Pomimo tego iż na początku miałam wrażenie że korektor zastygał na skórze (podobnie do Pro Longwear) po kilku godzinach wchodził w załamania skóry i zmarszczki mimiczne. Jak nie trudno się domyślić nie wyglądało to zbyt atrakcyjnie i estetycznie.
O tyle dobrze, że nie przesuszał on skóry pod oczami.

Ciężko mi ocenić wydajność tego produktu, bo użyłam go dosłownie kilka razy, ale wystarczy niewielka kropelka by pokryć cały obszar pod oczami i na powiekach.


Everlasting Concealer można kupić tylko u konsultantek Oriflame, a jego cena regularna wynosi 29,90. Dla mnie ten kosmetyk jednak jest bublem i kompletnie go Wam nie polecam.
W tym samym zamówieniu kupiłam sobie maskarę Volume Blast, również z serii THE ONE i szczerze mówiąc boję się jej otworzyć, że również okaże się bublem ;)

Znacie ten produkt, może u Was się sprawdził?
Dajcie znać jakie są Wasze ulubione korektory pod oczy!

Do następnego!




Ostatnio pokazywałam Wam jakie zakupy udało mi się zrobić na promocji -40% w Drogerii Natura. Przy okazji wylewałam swoje żale odnośnie problemu "macania" kosmetyków (KLIK).
Dziś natomiast chciałabym podzielić się z Wami moimi zakupami z Rossmanna. Tu promocja jest nieco lepsza, bo możemy kupić produkty do makijażu twarzy niemalże o połowę taniej. Poza tym u mnie Rossmann jest dużo lepiej zaopatrzony niż Natura ;)


Niestety, tak jak Wam wspomniałam będąc tym razem na zakupach otwierałam wszystkie kosmetyki które chciałam kupić by zobaczyć czy nie były używane. I tym razem wynik jest zadowalający. Tylko jeden produkt nosił ślady wcześniejszego otwierania, więc może to problem leży w personelu Drogerii Natura, a nie samych klientkach?

Przejdźmy jednak do zakupów


Głównym moim celem wyprawy do Rossmanna był puder Stay Matte w transparentnym odcieniu - to moje kolejne opakowanie (cena reg. 25 zł).
W szafie Lovely szukałam chłodnego odcienia ich rozświetlacza, niestety nie było ani jednego, więc skusiłam się na również osławiony Diamond Illuminator (cena reg. 10 zł).
Chciałam wypróbować też jakiś nowy korektor pod oczy, moją uwagę przykuł Perfect Stay marki Astor. Kolor ma na prawdę jasny, a właściwości już wkrótce będę testować (cena reg. 30 zl).
Na sam koniec do koszyka trafił krem CC 123 Perfect od Bourjois. Wahałam się pomiędzy nim a Healthy Mix, ale z tego drugiego nie było mojego odcienia (cena reg. 45 zł)

Miałam jeszcze ochotę kupić sobie podkład z Revlonu Nearly Naked, który ostatnio często poleca Aliss, ale niestety w moim Rossmannie brak szafy tej marki. Rozważam jeszcze czy nie poprosić o jego zakup siostry w Warszawie ;)

Jak widzicie nie szalałam, kupiłam tylko to co na prawdę potrzebowałam lub chciałam przetestować ale nie w cenie regularnej (np. krem CC).

A Wy byłyście na promocyjnych zakupach czy odpuszczacie sobie tym razem?

Do następnego!