Produkt, który chciałabym Wam dzisiaj pokazać od dawna znany jest już w blogosferze, a sama używam go od ponad pół roku. Niejednokrotnie wspominałam o nim na moim kanale YT, dziś jednak przyszedł czas na jego pełną recenzję.
Mowa oczywiście o Lip Butter z Nivea czyli masełko do ust, które ja mam o zapachu kokosowym. Szczerze przyznam, że do jego zakupu namówiła mnie Basia z kanału Calmeblondieee, bo był czas że wspominała o nim w każdym swoim filmie.


Produkt zapakowany jest w zgrzewany blister, dzięki temu mamy 100% pewności, że nikt wcześniej nie wsadził w niego swojego wścibskiego nosa (ani palucha). Samo masełko znajduje się w metalowej mini puszcze. Minus za to, że trzeba nakładać je palcami, co ogranicza stosowanie tylko do warunków domowych. Plus, że średnica jest duża i produkt nie wchodzi pod paznokcie.


Skład masła jak na tak niską cenę jest całkiem przyzwoity. Pomijając wszędobylską parafinę, znajdziemy tam masło shea, olej ze słodkich migdałów oraz olej rycynowy. Wszystkie te trzy składniki mają wspaniałe właściwości nawilżające.


W opakowaniu masełko jest bardzo zbite i twarde. Pod wpływem ciepła dłoni delikatnie rozpuszcza się. Gładko sunie po ustach nie pozostawiając żadnych grudek. Unikałabym wkładania go do kieszeni i zostawiania na słońcu, bo zmieni się w postać płynną.

Osobiście stosuję ten produkt głównie na noc. Tuż przed pójściem spać nakładam dość grubą warstwę na usta. Masełko nie wchłania się zbyt szybko i jeszcze rano czuję je na ustach, ale dla mnie nie stanowi to problemu. Usta po nocy są świetnie nawilżone, miękkie i gładkie. Nie widać na nich żadnych przesuszonych miejsc, ani suchych skórek.
Masełko świetnie również regeneruje usta. Przez całą zimę zdarzyło się, że raz czy dwa miałam spierzchnięte usta. Po użyciu na noc, rano nie było już śladu.


Poza tym zapach jest fenomenalny. Delikatny i nienachalny. Nie jest może najbardziej naturalny, ale przypomina trochę wiórki kokosowe :)

Opakowanie mieści 16,7g produktu i kupić je można za ok 10 zł w Rossmannie czy innej drogerii.
Warto na koniec wspomnieć, że masełko jest niesamowicie wydajne. Tak jak wspomniałam używam go codziennie od ponad pół roku i mam jeszcze mniej więcej pół opakowania do zużycia. Kosmetyk od otwarcia jest ważny przez 12 msc, więc powinnam się wyrobić w tym terminie :)

Poza kokosem dostępnych jest jeszcze 5 innych wersji zapachowych - każdy znajdzie coś dla siebie.

Ja masełko z Nivea bardzo serdecznie Wam polecam. Dajcie znać czy macie i lubicie je tak jak ja, czy niekoniecznie się u Was sprawdziło?


Do następnego!





Po ostatnich postach, w których pokazywałam Wam z bliska kolory znajdujące się w poszczególnych paletach (np. Classic Nude Makeup Kit) zauważyłam, że tego typu wpisy cieszą się ogromną popularnością wśród czytelniczek. Wcale się nie dziwię. Sama zanim kupię jakiś produkt robię tzw. research - szukam swatchy, opinii.


Dlatego dziś postanowiłam pokazać Wam moją kolekcję pigmentów marki KOBO. Nie wiem jak w innych Drogeriach Natura, ale w moim mieście często brakuje testerów i część z nich wzięłam 'na ślepo'. Nie żałuję tego wyboru, bo na wstępie muszę Wam się przyznać, że te produkty bardzo lubię i często używam - znalazły się one nawet w moich kosmetycznych hitach 2014.


W swoich zbiorach posiadam 8 odcieni - pięć opalizujących i trzy 'zwykłe'.
Z takich technicznych spraw to pigmenty znajdują się w plastikowych, zakręcanych słoiczkach, o pojemności 6 ml. Niestety nie mają żadnego sitka (podobnie jak pigmenty Makeup Geek) co ułatwia ich rozsypanie. Są niesamowicie wydajne i nie wyobrażam sobie ich wykończenia przez najbliższe kilka lat. Można je stosować zarówno na sucho, jak i na mokro; na całą powiekę lub tylko jako akcent; możliwości jest na prawdę wiele.
Nie mają oczywiście żadnego zapachu. Co więcej podczas aplikacji nie pylą i nie sypią się po całej twarzy. Bardzo łatwo nad nimi zapanować, nawet osobom początkującym.

Przejdźmy więc do omówienia poszczególnych odcieni.


408 Cornflower to zupełnie matowy, chabrowy kolor o niesamowitej pigmentacji; powiedziałabym że jest lekko kremowy, nie jest tak miałki i sypki jak inne pigmenty; niestety używam go najrzadziej ze wszystkich 'kobosiów', ale postaram się to zmienić


501 Violet Blush to pierwszy z serii opalizującej; jest bardzo intensywny i ten opalizujący fioletowy pigment bardzo łatwo z niego wychodzi już przy niewielkiej ilości produktu


502 Misty Rose to również opalizujący kolor; jest jakby delikatniejszą wersją kultowego cienia tej samej marki o nazwie 'Golden Rose'


503 Frosty White to czyste srebro, niczym nie opalizujące; na powiece daje delikatny efekt takiego jakby pyłku, coś a'la gwiezdny pył :) super się sprawdzał w makijażach sylwestrowych; nałożony na mokro daje piorunujący efekt w stylu modnych ostatnio cieni foliowych


504 Mint Cream - jak sama nazwa wskazuje opalizuje na miętowo; to właśnie od niego zaczęła się moja przygoda z pigmentami KOBO :) używam go zarówno do rozświetlania wewnętrznego kącika jak i na całą powiekę przy makijażu dziennym - moim zdaniem bardzo uniwersalny kolor


505 Sea Shell - najczęściej wykupiony kolor w ofercie, o nim było już głośno w blogosferze; bardzo podobny do koloru Misty Rose, z tą różnicą że Sea Shell jest troszkę bardziej ciepły, złoto - pomarańczowy; dość uniwersalny jeżeli chodzi o rozświetlanie wewnętrznego kącika


506 Blue Mist czyli niebieska mgiełka to długo przeze mnie niedoceniany kolor, ostatnio jednak odkryłam jego moc; należy raczej do grona tych delikatniejszych odcieni; na całą powiekę raczej nie odważyłabym się go nakładać, ale jako akcent i rozświetlenie jest super


507 Gold Dust to również kolor nieopalizujący przepięknego, żółtego złota; podobnie jak Frosty White często używany w makijażach sylwestrowych; na mokro lekko foliowy, ale na sucho również ma świetną pigmentację często używam go na mokrą bazę w postaci nie przypudrowanego korektora :)

Wszystkie opalizujące pigmenty świetnie sprawdzają się również solo na czarnej bazie (kredce bądź eyelinerze). Wydobywa się z nich jedynie ten opalizujący kolor i mają na prawdę mega moc.

Na minus muszę zaliczyć dostępność gdyż szafy z produktami KOBO znajdziemy tylko w Drogeriach Natura, a te osobiście niezbyt lubię. Jeżeli chodzi o cenę to wydaje mi się iż początkowo wynosiła ona 19,99. Obecnie jednak pigmenty te kupicie za jedyne 9,99 zł.

Dajcie znać czy macie pigmenty i czy lubicie je równie mocno jak ja?




Dzisiejszy post był długo przeze mnie wyczekiwanym. Mam nadzieję, że przez Was też :) Tym razem chciałabym podzielić się z Wami efektami jakie udało mi się uzyskać stosując odżywkę do rzęs marki Bodetko Lash.
W październiku zeszłego roku dodawałam post w formie zapowiedzi. Informowałam Was o rozpoczęciu kuracji odżywką oraz dodawałam zdjęcia stanu moich rzęs. Jeżeli tamtego postu nie widziałyście to zachęcam do zapoznania się z nim TU.


Dokładnie 3 marca minęło pięć miesięcy odkąd zaczęłam stosować serum. Początkowo mówiłam, że przyjdę z aktualizacją po trzech miesiącach, ale po pierwsze zawsze zapominałam zrobić zdjęcia w odpowiednim dniu, a po drugie chciałam sprawdzić jak rzęsy zareagują na dalsze stosowanie w trochę zmienionej formie.


Zacznijmy od tego jaki efekt chciałam uzyskać stosując serum Bodetko Lash. Miałam nadzieję, że moje rzęsy staną się widocznie gęstsze oraz dłuższe. Początek jesieni to był już taki krytyczny moment, w którym każdy możliwy tusz na moich rzęsach wyglądał na prawdę marnie. Wtedy z pomocą pojawiła się odżywka. Podeszłam do niej bardzo sceptycznie i z dużą rezerwą pomimo iż na prawdę spektakularne rezultaty jej stosowania można było zaobserwować u Maxineczki.


Na początku serum używałam regularnie, każdego wieczora. Po demakijażu i umyciu twarzy nakładałam cieniutką warstwę tuż przy linii rzęs, głównie skupiając się tak na prawdę na zewnętrznym kąciku oka. Przez pierwsze 3 miesiące ani razu nie zapomniałam o aplikacji. Zdarzało się że już w łóżku przypominało mi się o odżywce i pokornie maszerowałam z powrotem do łazienki :)


Pierwsze rezultaty stosowania Bodetko Lash zauważyłam już po...3 TYGODNIACH. Moje rzęsy widocznie się zagęściły. Zmotywowało mnie to dostosowania odżywki jeszcze bardziej. Po tym czasie zauważyłam również znaczny wzrost długości rzęs. Mniej więcej w grudniu czyli po dwóch miesiącach stosowania moje rzęsy były tak długie jak nigdy dotąd. Ponadto były ciemne prawie na całej swojej długości, nie miałam już niemalże białej końcówki.
Z efektu byłam niesamowicie zadowolona i zaczęłam się zastanawiać czy odstawić już odżywkę czy stosować dalej.


Tak się złożyło że rozmawiałam z właścicielem firmy dystrybuującej serum do rzęs innej marki. On zasugerował mi że warto tego typu produkty po takiej trzymiesięcznej kuracji stosować dalej jednakże w mniejszej dawce, jako taka kuracja podtrzymująca. Dokładniej chodzi o to żeby odżywkę stosować już nie codziennie, a co 2-3 wieczór. I rzeczywiście to się sprawdza. Od mniej więcej połowy stycznia, kiedy moje rzęsy osiągnęły efekt na prawdę spektakularny używam jej rzadziej. Dzięki temu stan moich rzęs utrzymuje się na jednakowym poziomie.


Co więcej zauważyłam, że rzęsy są bardziej podatne na podkręcanie. Podkręcam je najzwyklejszą zalotką, utrwalam tuszem i przez kilka godzin efekt jest na prawdę wow. Dla porównania kiedyś po około 40min od podkręcenia były już proste.


Nie zauważyłam żadnych skutków negatywnych stosowania serum Bodetko Lash. Linia rzęs mi nie pociemniała. Nie czułam żadnego dyskomfortu - pieczenia, świądu, łzawienia.

Na koniec kwestia opakowania. Buteleczka i aplikator wyglądają tak jak w przypadku eyelinerów w kałamarzu. Pędzelek jest bardzo malutki, a przez to super precyzyjny. Jedyne co mi nie pasuje to to że przez opakowanie nie widać stopnia zużycia produktu. Niemniej jednak jest on bardzo wydajny. Tak jak już wspomniałam, używam go od października zeszłego roku, czyli przeszło 5 miesięcy i nadal co nie co w opakowaniu jest.


Serum Bodetko Lash można zamówić na stronie producenta sklep.bodetkolash.eu w cenie 149 zł za 3ml opakowanie. Jest również wersja mniejsza - 1,5ml za 89 zł.

Podsumowując, ja z tej odżywki jestem niesamowicie zadowolona. Dzięki niej posiadam na prawdę ładne, gęste i długie rzęsy, na których prawie każda maskara wygląda świetnie. Cena 149 zł moim zdaniem jest na prawdę atrakcyjna, w porównaniu do produktów tego typu innych marek (np. Revitalash 2ml - 250 zł).









Produkt otrzymałam w ramach współpracy, nie wpływa to jednak na moją opinię o nim.
Kuba z Jutuba w ostatnim swoim filmiku poruszył bardzo istotną kwestię, a mianowicie obowiązku udzielania pierwszej pomocy. Niestety wciąż spory odsetek społeczeństwa  nie respektuje tej powinności przechodząc obojętnie obok ludzkiej krzywdy, często tłumacząc się brakiem fundamentalnej wiedzy na temat pierwszej pomocy, tzw przedmedycznej.

Warto jednak pamiętać, że już wezwanie służb ratunkowych uważane jest za spełnienie tego obowiązku. Ponadto ostatnimi czasy ze schematu podstawowej pierwszej pomocy wykreślono sztuczne oddychanie. A więc tak na prawdę do wykonania mamy dosłownie kilka bardzo prostych czynności: udrożnienie dróg oddechowych poprzez odchylenie głowy ofiary do tyłu, sprawdzenie oddechu i ułożenie w pozycji bezpiecznej lub masaż serca w przypadku stwierdzenia zatrzymania krążenia.

Kuba znany jest ze swoich nietuzinkowych rymów, więc pokusił się o zrobienie klipu na ten temat.
Zachęcam do posłuchania, wpada w ucho i może właśnie dzięki niemu uda Wam się kiedyś uratować czyjeś życie :)


W związku z tym że post ze swatchami już pojawił się na blogu to nadszedł czas na pierwszy makijaż wykonany za pomocą przesłodkiej palety Naked Chocolate.
Główną rolę odgrywają w nim dwa cienie. Bardzo ciepły odcień brązu o nazwie Choc-fest oraz rozświetlający kolor Adorable.


Użyte kosmetyki:

TWARZ
Podkład Mat&Soft Makeup, Bell Hypoallergenic
Pro Longwear Concealer, NC15, MAC
Camouflage Cream, 010 Ivory, Catrice
HD Rice Powder, 301, Hean
Puder ryżowy, Paese
Bahama Mama, The Balm
Bronzing Pearls, Natural Radiance, Oriflame
Mary-Lou Manizer, The Balm


OCZY
Paint Pot, Soft Ochre, MAC
Naked Chocolate, I ♥ Makeup : Choc-fest, Adorable, Way, Suger
Liquide Precision eyeliner 2000 procent, Eveline
High Impact mascara, Clinique
rzęsy Demi, Ardell + klej DUO
Eyebrow stylist, 020 date with ash-tone, Catrice

USTA
Ultra Glazewear Lip Gloss, Crystal Lilac, Avon


Dokładny tutorial jak wykonać taki makijaż znajdziecie na moim kanale YT. Serdecznie zapraszam!
 

W pierwszej chwili miałam napisać post z działu lakieromaniaczka, ale stwierdziłam że ostatnio było ich kilka pod rząd więc może macie ich dość. W mgnieniu oka zmieniłam plany i postanowiłam poruszyć dział kosmetyków kolorowych, a konkretnie swtachy cieni z paletek.
Dzisiaj pod lupę weźmiemy przesłodką białą czekoladkę czyli Naked Chocolate. Jest to ostatni wyrób marki I ♥ Makeup która działa pod Makeup Revolution. Nigdy wcześniej żadnego kosmetyku tej firmy nie miałam, ale białej czekoladzie oprzeć się nie mogłam :) I już teraz mogę Wam powiedzieć, że inne czekoladki również trafią do mojej kolekcji - to tylko kwestia czasu :)


Ale przejdźmy do omówienia dzisiejszej bohaterki.

Na początek opakowanie. Mocno inspirowane Chocolate Bar z TooFaced, niemniej jednak przesłodkie. Roztapiająca się biała czekolada to miód na moje oczy :D Opakowanie jest plastikowe, ale dość ciężkie i wykonane na prawdę starannie. Nic nie trzeszczy, wszystko do siebie pasuje. Wewnątrz znajdziemy duże, świetnej jakości lusterko.
W zestawie jest też pacynka - szkoda że nie mały pędzelek.


Czas na swatche poszczególnych odcieni, a jest ich aż 16.


(Smoothly) matowy rozświetlający cień, super pod łuk brwiowy, duży plus na większą gramaturę
(Divine) rdzawe złoto, odcień perłowy, super pigmentacja nawet bez bazy
(Mocha Lover) stare złotko, również perłowe o świetnym nasyceniu koloru
(Dipped) złoto brązowy kolor, delikatniejszy niż dwa poprzednie ale nadal połyskliwy
(Choc-fest) matowy, ciepły, ciemny brąz, cudowny kolor i zwróćcie uwagę na pigmentację :)


(Adorable) szampański kolor rozświetlający, moim zdaniem podobny do Mary-Lou z The Balm
(Buttons) ciemny brąz z nutą złota, pięknie się mieni
(Frosted Choc) również lekko rudawy odcień o perłowym wykończeniu
(Delight) bardzo ciemny brąz, lekko opalizujący
(Sweet Shop) matowy odcień, ciepłego jasnego brązu
(Suger) ciemny ciepły brąz, prawie matowy, ale z lekkim połyskiem


(Double Dip) rozświetlający odcień żółtego złota, super iskrzący i super napigmentowany
(Tob-le-rone) matowy, chłodniejszy odcień toupe, idealny jako cień transferowy lub w załamanie przy makijażu dziennym
(White) bardzo ciemny, matowy brąz, podobny do Inglot 327M
(Milky) matowy, bardzo ciepły odcień toupe, idealny jako kolor transferowy
(Way) rozświetlający jasny złoty, ma konsystencję podobną do prasowanych pigmentów z Loreal


To już wszystkie odcienie jakie Makeup Revolution 'wsadził' do tej palety. Bardzo mądre było to że dwa rozświetlające kolory są większe od pozostałych.
Cała paleta utrzymana jest w ciepłej tonacji, więc nie u każdego się sprawdzi. Mnie wszystkie kolory bardzo się podobają i z wielką przyjemnością będę ich używać.

Zdążyłam już zaobserwować że cienie nie osypują się podczas aplikacji i nie znikają z powieki podczas rozcierania. Nie zlewają się również w jeden kolor. Są na prawdę 'pomocne' w trakcie wykonywania makijażu.


Pierwszy tutorial z tą paletą pojawi się na kanale już we wtorek (miał być dziś, ale na fb wybrałyście video z tanimi kosmetykami, więc tutorial spadł na wtorek ;))

Co sądzicie o tej przesłodkiej czekoladce? Macie ją lub jej starsze siostry w swoich zbiorach?

EDIT: paletę możecie kupić w wielu drogeriach internetowych, m.in. cocolita.pl w cenie 40 zł





P.S. taki post ze swatchami paluję również odnośnie paletki Vice 3 Urban Decay, zainteresowane/ni? :)