Dosłownie wczoraj kurier dostarczył mi całkiem sporą przesyłkę z kosmetykami od firmy Verona Products Professional.


Wszystkie produkty jakie się w niej znalazły są marki Ingrid Cosmetics. Do tej pory nigdy nie używałam żadnego kosmetyku tej marki, więc jestem ich bardzo ciekawa. Przekrój jest bardzo szeroki - od bazy pod makijaż, podkładu i korektora przez cienie do powiek i eyeliner aż po produkty do ust. W związku z tym na pewno będą pojawiały się makijaże wykonane właśnie tymi kosmetykami.

Przejdźmy zatem do prezentacji co znalazłam w paczce.

Bazy pod makijaż: wygładzająco - rozświetlająca oraz wygładzająco - matująca; miała być jeszcze redukująca zaczerwienienia jednak nie została spakowania :(

Podkłady: Rozświetlający IdeaLumi Nude w odcieniu 200 oraz Ideal Face w odcieniu 10

Korektor Ideal Skin w odcieniu nr 10

Puder transparentny HD oraz Róż do policzków Satin Touch w odcieniu 11

Baza pod cienie HD Innovation

Paletki cieni do powiek: Casablanca 111 i 107 - obydwie matowe

Paletki cieni do powiek: Ideal Eyes 11 i Casablanca 104

Sypkie cienie do powiek 4 You nr 10 - ten produkt podoba mi się chyba najmniej ze względu na beznadziejne opakowanie

Eyeliner No Limits Beauty w kolorze czarnym oraz Maskara Californication Sexy Lashes

Pomadki w płynie Love Story: 303, 305, 306

I to by było na tyle.
Paletki cieni z pewnością pokażę Wam w postach ze swatchami, natomiast podkłady, maskara i eyeliner pewnie będą miały swój debiut w filmiku typu test na żywo.
Który z powyższych produktów chciałybyście zobaczyć jako pierwszy?

Dajcie znać czy miałyście te produkty i jak one u Was się sprawdziły?


Do następnego! :)



Witam Was kochani w moim nowym poście.
Początkowo miały się dziś pojawić swatche cieni nowej palety, którą dostałam od mojego wspaniałego męża. Niestety potoczyło się troszkę inaczej i dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować makijaż w całości wykonany tą paletą.
Mowa oczywiście o Naked 3 marki Urban Decay. Na pierwszy rzut oka kolorystyka mnie przeraziła i bałam się wykonać jakikolwiek makijaż.
Ostatecznie jednak pozytywnie mnie zaskoczyła. Oko zostało wyraźnie podkreślone, ale niezbyt nachalnie. Taki romantyczny ten makijaż, nie prawda? :)


Lista użytych kosmetyków:

TWARZ
- Mat&Soft Makeup, Bell Hypoallergenic
- Pro Longwear Concealer, NC 15, MAC
- HD Matt Rice Powder, 301, Hean
- Bahama Mama, The Balm
- Shimmer Powder, Rose Aura, Avon Luxe
- Gold Highlighter, Lovely
- Eyebrow stylist, 020 Date with Ash-tone, Catrice


OCZY
- Paint Pot, Soft Ochre, MAC

- Naked 3 Palette, Urban Decay
  Strange, Burnout, Buzz, Limit, Mugshot, Darkside

- Liquid Precision eyeliner, 2000 procent, Eveline
- Satin Touch Kohl, nude, My Secret
- High Impact Mascara, Clinique

USTA
- Ultra Glazewear lip gloss, Crystal Lilac, Avon




 Na moim jutubowym kanale znajdziecie dokładny tutorial jak wykonać powyższy makijaż.


W komentarzach koniecznie dajcie znać co myślicie o tej propozycji? Czy macie paletę Naked 3 i jak u Was się sprawdza? A może są wśród Was przeciwniczki palet z serii Naked? :)


Post ze swatchami, pojawi się już za kilka dni ;)

Do następnego!




Już za dwa tygodnie w weekend (18-19.04) odbędą się w Poznaniu Targi Look and BeautyVision. Pierwszy raz będę miała okazję uczestniczyć w tej imprezie, na której oprócz zakupów kosmetycznych będzie możliwość blogerskiego spotkania.
Jeżeli prowadzisz bloga i chciał(a)byś dołączyć do spotkania blogerów, wystarczy że do 10 kwietnia wypełnisz i wyślesz formularz zgłoszeniowy, który znajdziesz na oficjalnej stronie targów.



Kto się wybiera? Kto będzie? Kto chciałby być?

Do zobaczenia!



Dzisiaj znowu będą swatche i omówienie palety cieni. Tym razem jednak przyjrzymy się produktowi z wyższej półki, o którym przez kilka tygodni śniłam nocami. Na zagranicznych blogach spodobał mi się na tyle, że postanowiłam go 'ściągnąć' ze Stanów co nie było najlepszym pomysłem. Dlaczego? Zajrzycie TUTAJ :)


Mowa oczywiście o palecie cieni do powiek Vice 3, marki Urban Decay. Opakowanie palety moim zdaniem jest wspaniałe. Co prawda wykonane jest z plastiku, ale zamykane na magnes. Wypukły napis Vice na przodzie mnie zauroczył :) Ponadto paleta ma swoje etui, zamykane na suwak.


W środku znajdziemy ogromne, świetnej jakości lusterko, które w żadnym stopniu nie zniekształca oraz dwustronny pędzelek. Z jednej strony puchaty duo-fiber, a z drugiej płaski, ale ich włosie jest dość sztywne i nie za bardzo lubię ich używać.


No i oczywiście to co najważniejsze, czyli 20 prześlicznych i przecudownych cieni do powiek o różnorodnym wykończeniu.

Przejdźmy zatem do swatchy


(Truth) zupełnie matowy, delikatny róż, świetny pod łuk brwiowy
(Undone) bardzo jasny, ciepły, cielisty kolor; mat z mikro drobinkami
(Downfall) matowy, typowo 'wielbłądzi' kolor, który świetnie się sprawdza jako cień transferowy
(DTF) jasny, szaro-brązowy kolor, matowy ale z małymi drobinami; jeden z moich ulubionych :)


(Dragon) perłowa zieleń o wspaniałej pigmentacji
(Freeze) metaliczny błękit, podobny do 212 z KOBO
(Heroine) mega napigmentowany, ciemny, matowy granat
(Brokedown) metaliczny, złoto - brązowy kolor; niestety dość mocno się sypie


(Vanity) perłowa, ciemna śliwka, delikatnie opalizująca na róż i mikro drobinkami
(Lucky) chyba najbardziej napigmentowany cień w palecie; perłowe, pomarańczowe złoto
(Reign) bardzo ciemny, ciepły, perłowy brąz
(Bobby Dazzle) po prostu biała perła


(Alien) róż opalizujący na złoto, trochę delikatniejsza wersja 205 z Kobo
(Alchemy) różowo - bordowy kolor o perłowym wykończeniu
(Bondage) bardzo ciemny, niemalże ciemny fiolet, taki jakby perłowy bakłażan ;)
(Sonic) czerwono - rdzawy, perłowy kolor, ciekawy ale ciężki do opisania


(Last Sin) ciepły 'rozświetlaczowy' kolor, idealny w wewnętrzny kącik albo na środek powieki
(Angel) perłowy, jasny kolor taupe; wydaje mi się że jest podobny do słynnego 'Satin Taupe' z M.A.C.
(Defy) bardzo ciemny i bardzo matowy szaro-brązowy odcień; bardzo się sypie
(Revolver) perłowa, mocno napigmentowana czerń, z delikatnie granatowym pobłyskiem

Jeżeli chodzi o konsystencję cieni to maty są bardzo miękkie i miałkie. Dość mocno się kruszą i sypią. Odcienie metaliczne i perłowe sypią się odrobinę mniej ale nadal są miękkie. Wyjątkiem jest kolor Alchemy, który jest bardzo twardy i tępy. Najgorzej natomiast współpracuje się z odcieniem Brokedown, który osypuje się niesamowicie i niewiele pigmentu pozostaje na powiece.


W kwestii ulubieńców to wszystkie kolory bardzo mi się podobają. Warto zauważyć, że producent w kolumnach dał cienie, które do siebie potencjalnie pasują i można nimi stworzyć jeden, spójny makijaż. Fajnie że w palecie znalazły się różne wykończenia, od matów, przez perły aż do metalicznych i opalizujących odcieni.
Kolorów jest tak dużo, że dają nam niezliczone możliwości wykonywania makijaży dziennych oraz wieczorowych, barwnych oraz w kolorach nude, Można powiedzieć, że dla każdego coś dobrego.

Ja z palety jestem bardzo zadowolona i nawet zaryzykuję stwierdzenie że była warta cena jaką za nią zapłaciłam ;) Niemniej jednak Wam nie radzę tak przepłacać.
Na stronie producenta ta paleta kosztuje $60, natomiast w polskiej Sephorze oko 250 zł.



Co myślicie o tej palecie. Podoba się Wam, jest warta swojej ceny? Czy raczej byście się na nią nie skusiły?

Do następnego!




Produkt, który chciałabym Wam dzisiaj pokazać od dawna znany jest już w blogosferze, a sama używam go od ponad pół roku. Niejednokrotnie wspominałam o nim na moim kanale YT, dziś jednak przyszedł czas na jego pełną recenzję.
Mowa oczywiście o Lip Butter z Nivea czyli masełko do ust, które ja mam o zapachu kokosowym. Szczerze przyznam, że do jego zakupu namówiła mnie Basia z kanału Calmeblondieee, bo był czas że wspominała o nim w każdym swoim filmie.


Produkt zapakowany jest w zgrzewany blister, dzięki temu mamy 100% pewności, że nikt wcześniej nie wsadził w niego swojego wścibskiego nosa (ani palucha). Samo masełko znajduje się w metalowej mini puszcze. Minus za to, że trzeba nakładać je palcami, co ogranicza stosowanie tylko do warunków domowych. Plus, że średnica jest duża i produkt nie wchodzi pod paznokcie.


Skład masła jak na tak niską cenę jest całkiem przyzwoity. Pomijając wszędobylską parafinę, znajdziemy tam masło shea, olej ze słodkich migdałów oraz olej rycynowy. Wszystkie te trzy składniki mają wspaniałe właściwości nawilżające.


W opakowaniu masełko jest bardzo zbite i twarde. Pod wpływem ciepła dłoni delikatnie rozpuszcza się. Gładko sunie po ustach nie pozostawiając żadnych grudek. Unikałabym wkładania go do kieszeni i zostawiania na słońcu, bo zmieni się w postać płynną.

Osobiście stosuję ten produkt głównie na noc. Tuż przed pójściem spać nakładam dość grubą warstwę na usta. Masełko nie wchłania się zbyt szybko i jeszcze rano czuję je na ustach, ale dla mnie nie stanowi to problemu. Usta po nocy są świetnie nawilżone, miękkie i gładkie. Nie widać na nich żadnych przesuszonych miejsc, ani suchych skórek.
Masełko świetnie również regeneruje usta. Przez całą zimę zdarzyło się, że raz czy dwa miałam spierzchnięte usta. Po użyciu na noc, rano nie było już śladu.


Poza tym zapach jest fenomenalny. Delikatny i nienachalny. Nie jest może najbardziej naturalny, ale przypomina trochę wiórki kokosowe :)

Opakowanie mieści 16,7g produktu i kupić je można za ok 10 zł w Rossmannie czy innej drogerii.
Warto na koniec wspomnieć, że masełko jest niesamowicie wydajne. Tak jak wspomniałam używam go codziennie od ponad pół roku i mam jeszcze mniej więcej pół opakowania do zużycia. Kosmetyk od otwarcia jest ważny przez 12 msc, więc powinnam się wyrobić w tym terminie :)

Poza kokosem dostępnych jest jeszcze 5 innych wersji zapachowych - każdy znajdzie coś dla siebie.

Ja masełko z Nivea bardzo serdecznie Wam polecam. Dajcie znać czy macie i lubicie je tak jak ja, czy niekoniecznie się u Was sprawdziło?


Do następnego!





Po ostatnich postach, w których pokazywałam Wam z bliska kolory znajdujące się w poszczególnych paletach (np. Classic Nude Makeup Kit) zauważyłam, że tego typu wpisy cieszą się ogromną popularnością wśród czytelniczek. Wcale się nie dziwię. Sama zanim kupię jakiś produkt robię tzw. research - szukam swatchy, opinii.


Dlatego dziś postanowiłam pokazać Wam moją kolekcję pigmentów marki KOBO. Nie wiem jak w innych Drogeriach Natura, ale w moim mieście często brakuje testerów i część z nich wzięłam 'na ślepo'. Nie żałuję tego wyboru, bo na wstępie muszę Wam się przyznać, że te produkty bardzo lubię i często używam - znalazły się one nawet w moich kosmetycznych hitach 2014.


W swoich zbiorach posiadam 8 odcieni - pięć opalizujących i trzy 'zwykłe'.
Z takich technicznych spraw to pigmenty znajdują się w plastikowych, zakręcanych słoiczkach, o pojemności 6 ml. Niestety nie mają żadnego sitka (podobnie jak pigmenty Makeup Geek) co ułatwia ich rozsypanie. Są niesamowicie wydajne i nie wyobrażam sobie ich wykończenia przez najbliższe kilka lat. Można je stosować zarówno na sucho, jak i na mokro; na całą powiekę lub tylko jako akcent; możliwości jest na prawdę wiele.
Nie mają oczywiście żadnego zapachu. Co więcej podczas aplikacji nie pylą i nie sypią się po całej twarzy. Bardzo łatwo nad nimi zapanować, nawet osobom początkującym.

Przejdźmy więc do omówienia poszczególnych odcieni.


408 Cornflower to zupełnie matowy, chabrowy kolor o niesamowitej pigmentacji; powiedziałabym że jest lekko kremowy, nie jest tak miałki i sypki jak inne pigmenty; niestety używam go najrzadziej ze wszystkich 'kobosiów', ale postaram się to zmienić


501 Violet Blush to pierwszy z serii opalizującej; jest bardzo intensywny i ten opalizujący fioletowy pigment bardzo łatwo z niego wychodzi już przy niewielkiej ilości produktu


502 Misty Rose to również opalizujący kolor; jest jakby delikatniejszą wersją kultowego cienia tej samej marki o nazwie 'Golden Rose'


503 Frosty White to czyste srebro, niczym nie opalizujące; na powiece daje delikatny efekt takiego jakby pyłku, coś a'la gwiezdny pył :) super się sprawdzał w makijażach sylwestrowych; nałożony na mokro daje piorunujący efekt w stylu modnych ostatnio cieni foliowych


504 Mint Cream - jak sama nazwa wskazuje opalizuje na miętowo; to właśnie od niego zaczęła się moja przygoda z pigmentami KOBO :) używam go zarówno do rozświetlania wewnętrznego kącika jak i na całą powiekę przy makijażu dziennym - moim zdaniem bardzo uniwersalny kolor


505 Sea Shell - najczęściej wykupiony kolor w ofercie, o nim było już głośno w blogosferze; bardzo podobny do koloru Misty Rose, z tą różnicą że Sea Shell jest troszkę bardziej ciepły, złoto - pomarańczowy; dość uniwersalny jeżeli chodzi o rozświetlanie wewnętrznego kącika


506 Blue Mist czyli niebieska mgiełka to długo przeze mnie niedoceniany kolor, ostatnio jednak odkryłam jego moc; należy raczej do grona tych delikatniejszych odcieni; na całą powiekę raczej nie odważyłabym się go nakładać, ale jako akcent i rozświetlenie jest super


507 Gold Dust to również kolor nieopalizujący przepięknego, żółtego złota; podobnie jak Frosty White często używany w makijażach sylwestrowych; na mokro lekko foliowy, ale na sucho również ma świetną pigmentację często używam go na mokrą bazę w postaci nie przypudrowanego korektora :)

Wszystkie opalizujące pigmenty świetnie sprawdzają się również solo na czarnej bazie (kredce bądź eyelinerze). Wydobywa się z nich jedynie ten opalizujący kolor i mają na prawdę mega moc.

Na minus muszę zaliczyć dostępność gdyż szafy z produktami KOBO znajdziemy tylko w Drogeriach Natura, a te osobiście niezbyt lubię. Jeżeli chodzi o cenę to wydaje mi się iż początkowo wynosiła ona 19,99. Obecnie jednak pigmenty te kupicie za jedyne 9,99 zł.

Dajcie znać czy macie pigmenty i czy lubicie je równie mocno jak ja?